Był lutowy poranek 1997 roku. Przed czteropiętrowym budynkiem na Ulicy Krótkiej
zatrzymał się samochód osobowy marki BMW. Zatrzymał się przy przeciwległym
chodniku, bo po stronie przyległej do budynku był zakaz zatrzymywania. Z
samochodu wysiadł kierowca, mężczyzna postawny, ciemnowłosy, ubrany na
czarno.
Zamknął kluczykiem drzwi samochodu, przygładził dłonią zaczesane do góry
krótkie włosy. Odwrócił się w stronę budynku, spojrzał po oknach. Po
koloratce można było rozpoznać, że to katolicki ksiądz. Rozejrzał się,
czy nie nadjeżdża samochód i widząc wolną jezdnię poszedł w kierunku
bramy budynku. Wszedł do środka. Za chwilę był już na pierwszym piętrze i
naciskał dzwonek do mieszkania nr 3.
Wchodzący do budynku człowiek był proboszczem
tutejszej parafii. Gdyby w tej chwili zobaczył go któryś z jego parafian,
zapewne zdumiałby się. Minął już bowiem okres chodzenia po kolędzie, a w
innym okresie ksiądz nie zwykł odwiedzać kogokolwiek z parafian, chyba że był
z kimś zaprzyjaźniony. W każdym razie w tej okolicy poza okresem kolęd nie
widywało się księdza, aby kogokolwiek odwiedzał.
Zadzwonił krótko dzwonek. W mieszkaniu za drzwiami coś
zaskrzypiało, zaszeleściło. Za chwilę drzwi mieszkania uchyliły się na
tyle, że można było dostrzec głowę mężczyzny. Był niski, szpakowaty,
nosił krótką brodę i wąsy. Patrzył na księdza pytającym wzrokiem,
zaskoczony niespodziewaną wizytą.
- Niech będzie pochwalony ... - Powiedział przybysz.
- Na wieki wieków. - Odezwał się Człowiek z Ulicy Krótkiej.
- Proszę wybaczyć to niespodziewane najście.
Pan się mnie nie spodziewał i pewnie dziwi pana, że tu jestem. Ale chciałem
z panem chwilę porozmawiać. Pozwoli pan?
- A w jakiej sprawie chce pan porozmawiać?
- To dłuższa sprawa. Tak przez próg nie da się tego krótko powiedzieć.
- W takim razie, proszę, niech pan wejdzie do środka.
Człowiek z Ulicy Krótkiej uchylił szerzej drzwi i cofnął się w głąb
mieszkania. Ksiądz wszedł do środka, zamknął drzwi. Gospodarz, wskazując ręką
na otwarte drzwi do pokoju, przez które było widać ławę i stojące przy
niej dwa fotele, powiedział:
- Proszę, niech ksiądz usiądzie.
Ksiądz wszedł do pokoju, usiadł w fotelu. Człowiek wszedł do pokoju za nim
i usiadł na pufie po przeciwległej stronie ławy. Ksiądz zagaił krótko:
- Widzi pan, ksiądz nie zwykł nachodzić swoich parafian w ich domach, ale
czasem trzeba się spotkać, coś powiedzieć, porozmawiać. Z panem nie mam
okazji spotykać się w kościele, nie widuję tam pana. Wiem, że należy pan
do moich parafian, ale nie wiem, co powstrzymuje pana od uczestnictwa w nabożeństwach.
Czy to liczne obowiązki panu w tym przeszkadzają, czy też co innego?
Gospodarz słuchał tego lekko skonfudowany, po chwili odpowiedział:
- Różne są przyczyny, że się nie spotykamy, ale chyba najważniejsza jest
taka, że jakoś nie czuję takiej potrzeby.
Ksiądz słuchał rozglądając się po pokoju.
- Zresztą nie przyszedłem, żeby o to pana wypytywać. To już sumienie panu
podpowie, czy robi pan słusznie, nie chodząc do kościoła. Sprawa, z którą
do pana przychodzę, nie dotyczy przeszłości, lecz przyszłości. Organizujemy
w naszej parafii pielgrzymkę do Watykanu. Organizujemy ją z myślą, że będą
w niej uczestniczyć głównie osoby, które nie czują wielkiej potrzeby do
kontaktów z kościołem. Byłaby to raczej swobodna wycieczka poznawcza niż
pobożna pielgrzymka ze śpiewami religijnymi.
Pomimo takiego charakteru wyprawy do Rzymu spodziewamy się wzajemnego lepszego
poznania się i zacieśnienia więzów między parafianami i kościołem.
Planujemy zwiedzanie zabytków Watykanu. Będziemy chcieli, aby naszą grupę
przyjął na audiencji papież. Przychodzę, aby zaprosić pana do udziału w
tej pielgrzymce. Koszty będą niewielkie, gdyż połowę pokryjemy z funduszu
parafialnego. Serdecznie Pana zapraszam do wzięcia udziału. Co pan na to?
- No cóż, szczerze mówiąc, zaskoczył mnie pan swoim zaproszeniem. Nigdy nie
planowałem wycieczki do Rzymu. Mam inne plany. Od razu mówię, że nie
reflektuję. Dziękuję za zaproszenie, ale nie skorzystam.
Ksiądz, słysząc na przemian mianowanie go a to panem, a to księdzem, poczuł
przypływ irytacji, ale skupił się, aby nie okazać tego na zewnątrz. Przybył
na Ulicę Krótką z misją, którą chciał wypełnić do końca po swojej myśli.
Nie mógł pozwolić sobie na folgowanie miłości własnej i poddawanie się
emocjom. Chciał namówić Człowieka z Ulicy Krótkiej, aby ten zgodził się
na wyjazd do Rzymu; nie pora na okazywanie urazy. Kontynuował więc dalej
spokojnym tonem:
- Proszę jeszcze się zastanowić nad moją propozycją zanim definitywnie
odpowie pan: nie. Chcę pana poinformować, że istnieje jeszcze taka możliwość,
że wycieczka może być zupełnie nieodpłatna. Rozumie pan? Pan zorganizuje
sobie, powiedzmy, tydzień wolnego czasu, który przeznaczy pan na wycieczkę, a
autokar zabierze pana spod domu i pod dom przywiezie. Wycieczkowicze nie będą
musieli o cokolwiek się troszczyć. Będzie zapewniona całodobowa opieka, z
wiktem, noclegami i opieką medyczną włącznie.
Gospodarz nie przerywał księżowskiej wypowiedzi, a gość kontynuował:
- Mam nadzieję, że nie oderwałem pana od ważnych zajęć. Jeśli mogę zabrać
panu jeszcze trochę czasu, czy pozwoli pan skorzystać z pańskiego telefonu?
Zagadałem się trochę u pana, a jestem umówiony z proboszczem katedry, że o
tej porze do niego zadzwonię.
W tej chwili przebywa z wizytą u mieszkających niedaleko stąd swoich
znajomych. Mamy się spotkać; obiecałem, że odwiozę go samochodem do domu.
Czy pozwoli pan, że podam mu pana adres, aby wstąpił tutaj po mnie?
- Proszę, niech pan dzwoni i podaje adres.
Ksiądz podziękował. Gospodarz wskazał telefon znajdujący się w korytarzu i
wycofał się na swoje miejsce w pokoju. Parę minut trwało, zanim ksiądz wrócił
i usiadł na swoje miejsce. Po chwili mówił dalej:
- Właśnie z księdzem proboszczem z katedry będzie można do końca wyjaśnić
sprawę odpłatności za wycieczkę. My w naszej parafii mamy znacznie
skromniejsze możliwości finansowe niż byśmy sobie tego życzyli.
Stąd też niewiele pieniędzy możemy przeznaczać na pielgrzymki. Wszystko
pokrywamy ze skromnych datków i składek parafian. Wydatki na utrzymanie
parafii są niemałe, a nasza parafia dość uboga, bo niewielka. Większe
fundusze i możliwości ma parafia przy katedrze i w niej pokładamy naszą
nadzieję na większą dopłatę.
Ksiądz jeszcze dłuższą chwilę kontynuował swój monolog o wycieczce, o jej
ewentualnej dacie. Wyrażał nadzieję, że pod koniec marca, kiedy jest
planowana wycieczka, będzie już znacznie cieplej i że dopisze pogoda. Niedługo
trwało, jak u drzwi wejściowych rozległ się dźwięk dzwonka. Gospodarz pośpieszył
otworzyć drzwi. Ksiądz również wyszedł do korytarza.
Człowiek z Ulicy Krótkiej wpuścił nowego gościa.
Do mieszkania wszedł starszy człowiek, odziany po cywilnemu, z koloratką pod
szyją. Ledwie gość przywitał się z gospodarzem i wszedł do mieszkania, ksiądz
już go pytał z głębi korytarza:
- No i co, księże proboszczu, nie miał ksiądz trudności ze znalezieniem nas
tutaj.
Przybyły odpowiedział:
- Nie, żadnych. Dość często bywam u znajomych niedaleko stąd i trochę znam
tę dzielnicę.
- Zaraz wychodzimy księże proboszczu. Ale może, wejdźmy jeszcze na chwilę
do pokoju. Chcę dokończyć rozmowę z panem.
Ksiądz kontynuował dalej:
- Rozmawialiśmy właśnie z panem o ewentualnym wyjeździe z pielgrzymką do
papieża. Pan jeszcze się nie zdecydował. Namawiam na tę wycieczkę usilnie.
Powiedziałem, że jest nadzieja, że parafia księdza proboszcza dokona pewnej
dopłaty, aby zminimalizować koszty dla uczestników. Czy w tej sprawie wyjaśniło
się już coś więcej?
- Tak, tak, wszystko jest na jak najlepszej drodze.
Ksiądz zwrócił się w stronę Człowieka z Ulicy Krótkiej:
- No, widzi pan? Wszystko jest na najlepszej drodze. Niech pan się zdecyduje.
Niech pan powie: tak.
- Już księdzu powiedziałem, że mam zupełnie inne plany.
Goście nie zwlekali dłużej. Pożegnali się i wyszli. Gospodarz, zamykając
za nimi drzwi, nie mógł się nadziwić, że oto dzisiaj zdarzyło mu się
spotkać aż dwie tak bardzo altruistycznie nastawione osoby.
Wizyta u biskupa
Jakoś tak pod koniec lutego 1997 roku Człowiek z
Ulicy Krótkiej odebrał telefon. Rozmówca przedstawił się jako proboszcz
parafii katedralnej. Przypomniał, że niedawno mieli okazję się poznać. Mówił,
że nie występuje w imieniu własnym, lecz dzwoni w imieniu biskupa. Biskup
bardzo chciałby, aby Człowiek z Ulicy Krótkiej go odwiedził i zaprasza go do
siebie.
Człowiek delikatnie tłumaczył, że nie zwykł
wchodzić w komitywę z księżmi i biskupami i nie ma chęci na to spotkanie.
Powiedział, że nie ma żadnej sprawy do biskupa. Proboszcz powiedział, że
biskup chce przedstawić pewną sprawę i zaproponować jej rozwiązanie. Chciałby
to zrobić w większym gronie i oficjalnie.
Chętnie by odwiedził Człowieka w jego domu na Ulicy Krótkiej - oczywiście,
gdyby on biskupa do siebie zaprosił - ale chce, ażeby mu przy tym towarzyszyło
parę osób duchownych oraz aby przy tym był obecny sam wojewoda i parę osób
z ważnego urzędu, jako oficjalni przedstawiciele miasta. Z tak dużą świtą
w domu przy Ulicy Krótkiej z pewnością byłoby zbyt ciasno. Z tego powodu
biskup proponuje spotkanie u siebie, w kurii.
Człowiek usilnie obstawał przy swoim, mówiąc, że
nie ma z biskupem żadnych wspólnych spraw i z tego powodu nie ma zamiaru się
z nim spotykać. Wówczas proboszcz przypomniał, że w 1986 roku Człowiek z
Ulicy Krótkiej przesłał papieżowi prezent.
Tym prezentem był, napisany na maszynie i oprawiony u introligatora, egzemplarz
jego książki pt. „Materia i świadomość - synteza”. Książka
zawierała pewne nowe naukowe rozwiązania i podobno spodobała się papieżowi.
I właśnie spotkanie z biskupem ma do pewnego stopnia związek z wymienioną
książką i zawartymi w niej rozwiązaniami.
Wówczas Człowiek zrozumiał, że jednak mogą mieć z
biskupem pewną wspólną sprawę do omówienia i że to spotkanie może mieć
sens. Może się bowiem okazać, że to spotkanie może być pożyteczne dla
nowych naukowych idei i kilku prac, które od dłuższego czasu bezskutecznie
stara się opublikować.
Zgodził się więc na to spotkanie w kurii. Pozostało tylko uzgodnienie
terminu spotkania, orientacyjnej tematyki rozmów i uzgodnienia osób, które będą
w nim uczestniczyć. Pomimo tych wszystkich uzgodnień wszystko to dla Człowieka
z Ulicy Krótkiej nadal pozostawało bardzo tajemnicze.
Piątego marca przed południem Człowiek z Ulicy Krótkiej
wysiadł z limuzyny przed gmachem kurii. Przyjechał samochodem, który piętnaście
minut wcześniej zajechał przed jego dom, aby go tutaj przywieźć na
spotkanie. Wchodzi właśnie do budynku prowadzony przez cywila, który go tu
przywiózł.
Weszli do pomieszczenia, które sprawiało wrażenie poczekalni. Po prawej
stronie, w rogu pokoju stał solidny, przykryty obrusem stół, na nim wazon ze
sztucznymi kwiatami. Koło stołu stało kilka krzeseł. Podobne krzesła stały
wzdłuż ściany po lewej stronie. Przewodnik powiedział:
- Proszę usiąść i chwilę zaczekać. Zaraz przyjdzie po pana ksiądz.
Człowiek usiadł, rozejrzał się po pokoju. Oprócz drzwi, którymi tu weszli,
były tu jeszcze inne drzwi. Ten pokój mógł być równie dobrze
sekretariatem, a za drzwiami mógł znajdować się gabinet jakiegoś ważnego
urzędnika kurii.
Po chwili pojawił się ksiądz. Po przywitaniu się zaczął przestawiać Człowiekowi
scenariusz spotkania, które niebawem się odbędzie.
Poinformował, jaka tu obowiązuje etykieta, gdzie należy stanąć po wejściu
do sali przyjęć, która znajduje się właśnie za tymi drzwiami. Kto i w
jakiej kolejności będzie w oficjalnej części spotkania zabierał głos. Ksiądz
uspokoił przybysza, ażeby ten nie miał najmniejszych obaw, ponieważ w czasie
spotkania będzie jego towarzyszem i przewodnikiem.
O godzinie dwunastej ksiądz wprowadził gościa do
sali przyjęć. Było tam już parę osób duchownych z biskupem na czele i
jeden cywil. Biskup przerwał rozmowę i podszedł do wchodzących wyciągając
rękę na powitanie.
- Serdecznie pana witam - powiedział ściskając rękę gościa.
- Witam biskupa - odpowiedział gość.
- Za chwileczkę zaczniemy.
Czekamy jeszcze na pana wojewodę.
Został w pilnej sprawie poproszony do telefonu.
Przepraszam.
- Powiedziawszy to biskup oddalił się do grupki trzech duchownych.
Obszerna sala przyjęć była prawie nie umeblowana i
nie ozdobiona. Nieopodal znajdował się wysoki stolik, na którym leżały dwie
książki i jakieś teczki z dokumentami. Na ścianie wisiał duży krzyż. Sala
miała kształt prostokątny. Prowadziło do niej kilka par drzwi, które
wskazywały, że może ona sąsiadować z kilkoma pokojami podobnymi do tego,
przez które wszedł tutaj gość.
W środkowej części sali, w odległości około
czterech metrów od siebie, stały na stojakach trzy mikrofony, zaznaczając
jakby wierzchołki równobocznego trójkąta. Przy nich utworzyły się grupki
oczekujących.
Przy jednym mikrofonie stali duchowni z biskupem na czele, przy drugim gość z
towarzyszącym mu księdzem, a przy trzecim stał samotnie mężczyzna w średnim
wieku. Oczekiwanie trwało kilka minut, zanim w drzwiach pojawił się wojewoda.
Rzucając po drodze słowa przeprosin, podszedł do samotnie stojącego mężczyzny.
Sytuacja w sali była przez kogoś obserwowana, bo po
chwili szmer prowadzonej w grupie duchownych rozmowy wzmógł się i zaraz
przycichł. Uruchomiono działanie mikrofonów.
Pierwszy zabrał głos biskup. Przywitał zebranych
oficjalnym tonem i zaczął swoją przemowę.
- Szanowni panowie zebraliśmy się tutaj z powodu nad
wyraz rzadkiej okazji. Ale na wstępie przedstawiam panom Człowieka z Ulicy Krótkiej,
naszego szczególnie miłego gościa. Głównie z jego powodu odbywa się to
spotkanie. Może zacznę od tego, że nasz gość od wielu lat prowadzi samotną
pracę naukowo-badawczą. Nie jest on postacią znaną, i od razu dodaję: nie
jest on postacią dotychczas znaną. Bo obecnie spodziewamy się, że ta
sytuacja ulegnie radykalnej zmianie.
Spodziewamy się, że będzie on znany jako autor kilku znakomitych koncepcji
naukowych. Ale, co najważniejsze, staną się powszechnie znane wyniki jego
pracy naukowej. Nie będę tutaj streszczał tych wyników, bo tu nie miejsce na
to.
Powiem tylko krótko: pan napisał między innymi pracę pt. Kardynalny błąd
nauki XX w., drugą pracę pt. Jan Paweł II nie postrzegał... i trzecią pracę
pt. Świadome postrzeganie Prawdy Absolutnej. Opatrzył te prace wspólnym tytułem:
Trylogia o Prawdzie i od jakiegoś czasu prowadzi akcję, mającą na celu
obudzenie zainteresowania wynikami swoich badań i opublikowanie swoich prac.
Znana jest nam również jego praca - zbiór czterech listów do władz świeckich
i duchownych pt. Daj pierwszeństwo miłości bliźniego! Powiem otwarcie: Niektórym
katolickim duchownym nie podoba się pana praca pt. Jan Paweł II nie postrzegał...
Dotyczy ona bowiem błędów kościoła katolickiego, jakie, zdaniem autora, kościół
popełnił w trakcie dwóch tysięcy lat swojego istnienia.
Ale żeby tę pracę właściwie ocenić, trzeba uwzględnić zarówno wyrażane
w niej intencje autora, jak i niezwykle głęboko i obiektywnie przedstawione
przyczyny tego wszystkiego, co się działo. My oceniamy tę pracę pozytywnie i
widzimy, że zapoczątkuje ona w naszym życiu wiele zmian na lepsze.
Pomimo pana niepowodzeń, dotyczących rozpowszechnienia prac, my z
zainteresowaniem śledzimy jego działalność i prace. Pan nam to ułatwia, bo
przesyła swoje prace także do instytucji kościoła katolickiego, m. in. do
wydawnictw i do KUL-u. Informacje o pana twórczości siłą rzeczy docierają również
do papieża.
Oprócz egzemplarza pana książki pt. Materia i świadomość - synteza, którą
pan w 1986 roku przesłał w darze Jego Świątobliwości, dotarły do niego również
inne pana prace. Papież zna pana pasje badawcze i wyniki naukowe; jest nimi
mocno zainteresowany. Serdecznie pana zaprasza do siebie, do Watykanu, aby
porozmawiać.
Chciałby osobiście usłyszeć od pana, co pan sądzi o niektórych kwestiach
naukowych, których pan w swoich pracach szczegółowo nie wyjaśnia, a którymi
Ojciec Święty jest szczególnie głęboko zainteresowany. Przekazuję więc
panu zaproszenie papieża i poczytuję sobie za zaszczyt, że mogę to zrobić
osobiście. Pana wyjazd do Watykanu zorganizujemy jak najstaranniej, aby był
dla pana jak najmniej uciążliwy.
Jestem pewien, że zrobimy to wspólnie z władzami naszego miasta.
- Tu biskup skierował ukłon w stronę wojewody i jego towarzysza.
Wojewoda zrozumiał to jako przekazanie mu głosu i zaczął:
- Przybyłem tutaj, do kurii, będąc już wcześniej poinformowany, jaka to
szczególna wydarzyła się sytuacja. Ktoś mógłby zapytać: cóż takiego
szczególnego wydarzyło się, że z tego powodu doszło do spotkania
oficjalnych osobistości władz naszego wojewódzkiego miasta i naszej diecezji?
Przecież papieża odwiedza wiele osób i wiele z nich jest przez niego
zapraszanych.
Czy w tym przypadku zaszło coś specjalnego? Tak, wydarzyło się coś ważnego.
Mamy ten zaszczyt, że pan jest mieszkańcem naszego miasta. Ten zaszczyt wynika
nie tylko z samego zaproszenia papieża do złożenia wizyty w Watykanie, choć
nawet samo to jest wiele znaczące, ale także z tego, że zaczynamy zauważać
w panu osobę, która dokona wielkich zmian w świecie nauki i w ogóle w naszym
życiu.
Przyznaję, że samodzielnie nie byliśmy zdolni, aby zacząć to dostrzegać.
Ta zdolność zaczęła się w nas kształtować dzięki temu, że papież jako
pierwszy wskazał na pana jako na niezwykłą osobę. Muszę szczerze wyznać,
że nie rozumiem, jak mogło dojść do takiej sytuacji, do jakiej doszło.
Wszystkich nas to zdumiewa.
Zasięgałem opinii kilku znanych mi osób ze świata nauki, bo, przyznaję, nie
chcę polegać tylko na własnej ocenie pana prac. Pytałem ich: Jak to się stało,
że Człowiek z Ulicy Krótkiej odkrył, że teoretyczna nauka o przyrodzie nie
powinna i nie może opierać się na naukowych faktach, których nie można
sobie wyobrazić i które nie poddają się logicznemu osądowi?
Przecież fakt, że w rzeczywistości jednak się opiera, świadczy o tym, że w
znacznej części jest to nauka fałszywa. Bo przecież naukowe fakty, których
nie można sobie wyobrazić, nie są wcale naukowymi faktami. Ale wielu z nich
do chwili obecnej nie jest przekonanych, czy w ogóle jest to odkrycie naukowe.
Wierzę, że z upływem czasu wszyscy ci ludzie dostrzegą, na czym polega ich błąd.
Dostrzegą, że gdyby nie odkrycie Człowieka z Ulicy Krótkiej, oni nadal
potykaliby się o te same problemy naukowe. Jako przedstawiciel władz naszego
województwa i miasta mówię, że jesteśmy dumni z pana osiągnięć, pomimo
że nie są one jeszcze doceniane.
Nie wątpimy w to, że w najbliższym czasie zostaną docenione. Zaproszenie
pana do Watykanu świadczy o tym, że ten proces już się rozpoczął.
Obiecujemy, że dołożymy z naszej strony wszelkich starań, aby osiągnął
pan satysfakcję ze swojej pracy naukowo-badawczej. Zachęcamy pana do
skorzystania z zaproszenia i prosimy, aby pozdrowił pan od nas papieża.
Po tych dwóch przemowach, wygłoszonych przez biskupa
i wojewodę, Człowiek z Ulicy Krótkiej nie bardzo wiedział, co ma o tym
wszystkim sądzić. Z jednej strony, zdawał sobie sprawę z tego, że
dzisiejsze spotkanie jest dalszym ciągiem tej samej sprawy, która skłoniła
do wizyty w jego domu dwóch księży. Z drugiej strony, usłyszał przed chwilą
dwa wystąpienia, które były wygłoszone w takim duchu i tonie, jakby mówcy z
góry zakładali, że gość będzie zachwycony z zaproszenia papieża do złożenia
mu wizyty i z tego zaproszenia skorzysta.
Zrozumiał, że został zaproszony do kurii, aby wziąć udział w pewnej grze,
której, zgodnie z założeniem jej reżyserów, nie powinien był sobie do końca
uświadamiać. Ci, co zaczęli z nim tę grę prowadzić, pragnęli pokierować
nią anonimowo aż do finału. Zastanawiał się i powoli zaczynał rozumieć,
co w tej grze jest najważniejsze. Pomyślał, że jeśli dobrze rozumie
intencje papieża i cel, jaki on chce osiągnąć, robiąc tyle zamieszania z
zapraszaniem do siebie nie znanej nikomu osoby, to niewątpliwie sprawa ta zakończy
się fiaskiem.
Gdy papieżowi będzie się wydawało, że cel swój już osiąga, właśnie wówczas
ten cel będzie chybiony. Z takiego punktu widzenia gra była bardzo naiwna.
Wierząc, że tak właśnie się rzeczy mają i aby to jeszcze sprawdzić, zaczął
więc następująco:
- Cóż mogę odpowiedzieć na słowa panów? Zaskakują one mnie niebywale, bo
nie spodziewałem się tak szybkiego przeistoczenia z nie znanej szerzej nikomu
osoby w osobę, która dostępuje zaszczytu zaproszenia przez papieża do złożenia
mu wizyty. Wypada mi tylko serdecznie podziękować. Toteż serdecznie dziękuję
papieżowi za zaproszenie, a panom za jego przekazanie.
Chcę szczególnie podziękować wojewodzie, który przedstawił istotę jednego
z moich odkryć. Dodaję tutaj od siebie, że jest to również najkrótsze
streszczenie pracy pt. Kardynalny błąd nauki XX w. Natomiast co do istoty
mojego odkrycia, pragnę dodać, że istnieje ważne jego dopełnienie.
Jest nim moja propozycja zamiany niedorzeczności, jakie istnieją w
teoretycznej nauce o przyrodzie, na całkiem sensowną teorię. Przedstawiłem ją
w pracy pt. Świadome postrzeganie Prawdy Absolutnej. Z motywów tego spotkania
i panów wypowiedzi zrozumiałem, że nie jest najważniejszy sam mój przyjazd
do Watykanu ani to, co ma mi do powiedzenia papież, lecz to, co ja mam
powiedzieć papieżowi.
W tej chwili nie wiem jeszcze, o czym będę z papieżem rozmawiał, bo nie
wiem, jakie padną pytania. Ale jedno jest dla mnie pewne: to spotkanie jest dla
papieża niezwykle ważne. Nie mówię tego, aby dodawać sobie znaczenia, ale
by panom uświadomić, że moja podróż i wizyta u papieża nie ma żadnego
znaczenia i sensu. Jest niepotrzebna. Po prostu, tam na miejscu, w Watykanie nie
będę w stanie powiedzieć papieżowi czegokolwiek dla niego znaczącego i
istotnego. A przecież takich odpowiedzi będzie on się spodziewał i takich będzie
oczekiwał, że usłyszy.
Trudno jest mi w tej chwili dokładnie panom wytłumaczyć moje przekonanie, że
w ogóle ta sprawa jest dla papieża aż tak bardzo ważna i dlaczego akurat w
ten sposób ją interpretuję. W końcu to panowie, jak mi się wydaje, powinni
o tym wiedzieć lepiej ode mnie. Dlatego tego wątku nie będę dalej rozwijał.
Chcę tylko dodać, że nie widzę potrzeby, aby jechać do Watykanu i odwiedzać
tam papieża. Aby panom przybliżyć mój punkt widzenia, zilustruję go przykładem
z życia papieży z przeszłości.
Kiedyś, gdy papież chciał udzielić ważnej nauki cesarzowi lub królowi i
chciał, aby ona dobrze weszła w pamięć i pozostała w niej do końca życia,
zapraszał gościa do siebie, do Watykanu. Tam, otoczony przepychem i licznym
dworem, papież przyjmował gościa siedząc na wysokim tronie.
Wszystko to miało na celu stworzenie okoliczności niezwykłych dla gościa, które
by go zaskakiwały i budziły respekt. Nie zdawano sobie wówczas w pełni
sprawy z tego, co dzisiaj jest oczywiste. Mianowicie, że chodzi o to, żeby
stworzyć taką sytuację psychologiczną, ażeby gość był w stanie najwyższej
czujności i uważności na zachodzące zdarzenia.
Jeśli mogę się tak wyrazić, papież w Watykanie jest dzisiaj za mało czujny
i nieuważny, aby zrozumieć to, co bym miał mu do powiedzenia. Z drugiej
strony patrząc, wejdźcie panowie w moje położenie jako gościa w Watykanie,
w otoczeniu papieskiego przepychu.
Gdy będę tam przytłoczony wielkością papieża i własną małością,
jakich mądrych i znaczących dla papieża odpowiedzi będę w stanie tam
udzielać? Doprawdy, panowie, to nie ma najmniejszego sensu. Jeśli w takiej
sytuacji będziecie, panowie, nalegali na mój wyjazd do Watykanu, gotów jestem
pomyśleć, że nie doceniacie ważności tego spotkania dla papieża.
Człowiek z Ulicy Krótkiej przerwał swoją przemowę.
Obecni w sali ludzie milczeli. Było widać, że nie spodziewali się usłyszeć
tego, co usłyszeli. Po krótkiej chwili ciszy głos zabrał biskup:
- To, co pan tu nam powiedział ma pewien głęboki sens. Rozumiemy pana troskę
o pozytywny wynik spotkania pana z Ojcem Świętym, choć może nie podzielamy w
pełni pańskich obaw. Rozumiemy, że pan nie wymawia się od udziału w
spotkaniu z Jego Świątobliwością, ale chciałby coś zaproponować. Zanim
oddam panu głos pragnę przypomnieć pewne okoliczności i to, co ma się
zdarzyć w historii naszego miasta w najbliższej przyszłości.
Otóż, za trzy miesiące, ostatniego dnia maja Ojciec Święty przyjeżdża do
naszego kraju z kilkudniową oficjalną wizytą. Jego nawiedzenie ojczystego
kraju będzie się wiązało z pobytem w kilku miastach. W czasie wizyty papież
odwiedzi również nasze miasto wojewódzkie i spotka się ze społeczeństwem.
Moja propozycja jest taka, ażeby wykorzystać wizytę papieża w naszym mieście.
Spodziewam się, że papież znajdzie trochę czasu, aby przyjąć pana na
prywatnej audiencji. Co pan o tym sądzi? Czy nie byłaby to doskonała okazja?
Po wysłuchaniu tych słów Człowiek z Ulicy Krótkiej odpowiedział:
- Widzę, że wasze dążenia zmierzają w jednym kierunku: chcecie maksymalnie
ułatwić papieżowi to spotkanie. Moje zdanie w tej sprawie częściowo już
przedstawiłem.
Sądzę, że należy iść dokładnie w przeciwnym kierunku: przed papieżem
należy postawić możliwie maksymalne przeszkody. Jeśli papieżowi rzeczywiście
zależy na tym, żeby ze mną się spotkać i aby jego cel został osiągnięty,
to mam zamiar przedstawić warunki tego spotkania i papież będzie musiał się
na nie zgodzić.
To nie ja mam interes do papieża, ale on do mnie. Ja wcale tego spotkania nie
chcę.
W sali rozległy się strzępy rozmów przy pozostałych dwóch mikrofonach.
Wydawało się, że w tych grupkach zapanowało pewne oburzenie. Ale biskup
zabrał głos i rozmowy ucichły.
- Rozumiem pana stanowisko. Więc jakie są pana propozycje?
Człowiek z Ulicy Krótkiej odpowiedział:
- Proszę, zwróćcie, panowie, szczególną uwagę na to, że w całej tej
sytuacji moja osoba ma jak najmniejsze znaczenie. Nie jest ważny Człowiek z
Ulicy Krótkiej, ale to, co on wie. Dlatego jeśli papież chce się ze mną
spotkać, to nie z osobą jako taką, lecz ze zjawiskiem, jakie ta osoba w
pewnej sytuacji sobą reprezentuje. To, co zostało napisane i co jest papieżowi
znane jako moja twórczość, zostało stworzone nie przez Człowieka z Ulicy Krótkiej,
lecz przez pinopę.
Ktoś może powiedzieć: cóż za różnica, jakim mianem będziesz sam siebie
określał? Otóż, jest różnica i jest to zasadnicza różnica. Pinopa jest
określeniem dla bezosobowej siły lub zjawiska. Rzeczywiście jest tak, że te
prace stworzyłem w swoim umyśle i napisałem tymi rękami. W tym czasie nic się
we mnie nie wcielało i żadnej sile, czystej czy też nieczystej, nie użyczałem
swojego ciała.
Ale jednocześnie nie ja je tworzyłem jako osoba. W czasie pisania tych prac
przestawałem istnieć jako osoba, bo w skupieniu, które wówczas istniało,
nie istniały moje cechy jako osoby. Były zapominane moje ambicje, potrzeby i
wszystko inne, a była tylko inspiracja połączona z ogromnym pragnieniem
poznania Prawdy. Papież pragnie spotkania nie ze mną, lecz z pinopą, bo
spodziewa się, że pinopa zna prawdę i potrafi ją wyjawić innym.
Dlatego są niezbędne szczególne warunki, aby papież mógł rzeczywiście
spotkać się z pinopą, a nie z Człowiekiem z Ulicy Krótkiej. Powtarzam,
papież nie pragnie spotkać mnie, lecz inspirację nauk o Prawdzie Absolutnej.
A teraz, jakie warunki stawia pinopa?
Przede wszystkim cała sprawa musi być jawna i załatwiana oficjalnie. Im więcej
będzie się o tym spotkaniu mówiło w mediach, tym lepiej. Muszą być ogłoszone
drukiem prace pinopy. Spotkanie może się odbyć najwcześniej w czerwcu
dwutysięcznego roku. Papież powinien przesłać do pinopy, za pośrednictwem
nuncjusza papieskiego w naszym kraju, przynajmniej z dwuletnim wyprzedzeniem,
prośbę o udzielenie w tym terminie audiencji.
Spotkanie powinno się odbyć w naszym mieście, na lotnisku, gdzie jest dużo
miejsca dla wszystkich, którzy zechcą to spotkanie obserwować i gdzie w
specjalny sposób będzie przygotowane najbliższe otoczenie miejsca spotkania.
Charakter tego otoczenia omówię we właściwym czasie z zainteresowanymi
osobami. Spotkanie ma polegać jedynie na rozmowie papieża z pinopą.
Przygotowanej na lotnisku scenografii ani papież, ani nikt inny z oficjalnych
osób nie wykorzysta tego samego dnia dla odprawienia mszy lub dla odbycia
jakiegokolwiek innego spotkania.
Jego spotkanie z widzami będzie całkowicie bierne. Przez cały czas spotkania
papież powinien zachowywać się tak, jakby nie istniało otoczenie z oglądającą
to zdarzenie publicznością, a istnieli jedynie papież i pinopa. Dobrze się złożyło,
że w tym spotkaniu uczestniczy wojewoda. Jest on przedstawicielem rządu na
terenie naszego miasta i województwa. Myślę, że będzie mógł zrobić wiele
dobrego, aby to spotkanie doszło do skutku.
Spotkanie u biskupa nie trwało już długo. Człowiek z Ulicy Krótkiej wkrótce
tą samą limuzyną powrócił do domu.
Audiencja papieża u pinopy
Miejsce spotkania
Dzień 10 lipca 2000 roku zapowiadał się pogodnie. Z
samego rana spadł krótki deszcz. Spłukał wszystkie obiekty miejskie, ulice,
drzewa, jakby przygotowując miasto wojewódzkie do mającego się odbyć
spotkania papieża z pinopą. Na lotnisku, na skraju miasta, na uczestników
spotkania i widzów oczekiwał potężny głaz. Był on wielkości czteropiętrowej
kamienicy, która ma co najmniej trzy bramy i ze stu pięćdziesięciu lokatorów.
Na dużej płycie lotniska, oglądany z dużej odległości, głaz nie
przedstawiał się zbyt okazale. Ale z odległości położonych opodal i
oznaczonych farbą kredową sektorów dla publiczności wyglądał imponująco.
Miał brązową barwę naturalnego kamienia z jakimiś cętkami, wtrąceniami i
smugami na powierzchni. Uważny obserwator, jeśli by się dobrze przyjrzał, mógł
dostrzec, że przez ciało głazu prześwitują kontury znajdujących się za
nim odległych drzew i domów. Głaz był w rzeczywistości skorupą, która miała
trochę dziwną budowę. Tworzyła ją gęsta sztywna sieć ze sznurka z małymi,
gęstymi oczkami.
Skorupa wyglądała na sztywną. Była podtrzymywana częściowo przez znajdujące
się wewnątrz przestrzenne rusztowanie, a częściowo stała dzięki własnej
wytrzymałości. Budowa tego obiektu, pomimo jego wielkości, nie była zbyt złożona,
uciążliwa i kosztowna.
Można było się domyśleć, że jej budowniczowie naciągnęli sieć na gotowe
rusztowanie i częściowo jeszcze ją pozszywali dla nadania obłych kształtów,
jakichś wyrwań czy załamań. Następnie umieszczonymi wewnątrz powietrznymi
dmuchawami rozdmuchali sieć na zewnątrz. W ten sposób odsunęli ją od części
rusztowania i uzyskali kształty imitujące kamień. Dla usztywnienia sieci
napylili na nią płynną żywicę epoksydową, która twardniejąc utrwaliła
kształt kamienia.
Na wysokości pierwszego piętra w kamieniu istniała
ponad dwumetrowej wysokości wnęka, wchodząca na cztery metry w głąb i
szeroka na siedem metrów. Był to rodzaj pomieszczenia z drewnianą podłogą i
ze ścianami z twardej sieci. Przednia część sieci była miękka, składała
się z dwóch części i była u góry podwieszona jak zasłona.
Obecnie obie części tej zasłony były odsunięte na boki, ukazując całą wnękę.
W środku, ustawione w rzędzie przodem w kierunku sektorów, znajdowały się
trzy czerwone fotele obrotowe. Do wnęki z poziomu płyty lotniska można było
wejść po przylegających do kamienia samojezdnych schodach, w normalnych
warunkach używanych, aby wejść do dużego samolotu.
Był wczesny ranek. O tej porze koło kamienia było
jeszcze pusto. We wnęce i koło schodów krzątało się parę osób. Część
z nich kończyła montaż nagłośnienia. Do spotkania pozostało sześć
godzin.
Pinopa
Człowiek z Ulicy Krótkiej ostatnie godziny przed
spotkaniem z papieżem spędzał na zwyczajnych zajęciach u siebie w domu.
Uzgodniono, że pół godziny przed terminem spotkania przyjedzie po niego
samochód z kurii, którym będzie mógł udać się na lotnisko. Do tego
wydarzenia pozostało kilka godzin.
Był spokojny. Spotkanie miało zakończyć pewien etap
w jego życiu, ale nie cieszył się tym ani nie smucił. Ostatnie trzy lata
przyniosły trochę zmian. Spodziewał się ich, ale nie oczekiwał, że będą
aż tak wielkie.
Kiedy trzy i pół roku temu przesyłał w darze kilku
bibliotekom naukowym w kraju po jednym egzemplarzu zbioru swoich prac pt.
Trylogia o Prawdzie, myślał wówczas, że to może być ostatnia deska ratunku
przed tym, aby te prace nie poszły w zapomnienie. Wcześniej przez długi czas
pisał do różnych wydawnictw, proponując ich wydanie, bez rezultatu. Nie myślał
o rezygnacji z nadania wynikom swoich naukowych badań rozgłosu, ale nie miał
pomysłu, jak do tego skłonić wydawców.
Przypadkowo, w jakiejś książce o rozwoju nauki w dawnych czasach, natknął
się na pewną informację. Z niej dowiedział się, że dawniej, kiedy
drukarstwo było w powijakach, a książki najczęściej przepisywano ręcznie,
uczeni swoje prace przesyłali do ośrodków naukowych. Były nimi wówczas
uniwersytety, w niektórych krajach zaczynały już powstawać akademie nauk.
Przesłał więc pinopa swoje książki do Polskiej Akademii Nauk, Uniwersytetu
Jagiellońskiego, Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Wrocławskiego i
Politechniki Warszawskiej, z dopiskiem, że są one darem przeznaczonym dla
bibliotek tych placówek. Najchętniej przesłałby tę książkę do wszystkich
placówek naukowych w Polsce, które są zainteresowane naukami ścisłymi i
przyrodniczymi, ale na to mu nie pozwalały skromne fundusze.
Wcześniej kontaktował się już z tymi wszystkimi ośrodkami
naukowymi, ale najczęściej był to kontakt jednostronny. On przesyłał
informacje, starając się zainteresować ludzi ze świata nauki swoimi
odkryciami, oni najczęściej nie odpowiadali. Jeśli otrzymywał odpowiedź, co
zdarzyło się w kilku przypadkach, to w takim duchu, żeby się nie wygłupiał
i nie robił z siebie błazna.
Uczonym problemy nauki są znane doskonale. Jeśli jest w nauce jeszcze coś do
odkrycia - a uczeni nie wątpią, że jest jeszcze mnóstwo rzeczy do odkrycia -
to nie są to bynajmniej rzeczy, na które wskazuje pinopa. Jeśli rzeczywiście
chce dokonywać odkryć naukowych, powinien wpierw rzetelnie poznać obecny stan
nauki. Nie zrażał się tymi odpowiedziami. Przestał tylko wierzyć, że tą
drogą potrafi zainteresować naukowców istniejącymi w nauce błędami, które
jemu udało się akurat odkryć.
Książki powinny mieć swoich czytelników. Wychodząc
z tego założenia pinopa sporządził listę osób i instytucji, które chciał
poinformować, że w pięciu placówkach naukowych w Polsce, w ich bibliotekach,
można przeczytać jego książkę pt. Trylogia o Prawdzie. Na liście znalazły
się głównie osoby piastujące ważne publiczne stanowiska.
Był Prezydent RP, Premier Rządu RP, Marszałkowie i Wicemarszałkowie Sejmu i
Senatu, Posłowie i Senatorowie, Ministrowie zainteresowanych resortów,
przedstawiciele mediów oraz rektorzy, dyrektorzy i kierownicy instytucji
naukowych. Do tych osób i instytucji pinopa przesłał informację, że w pięciu
ośrodkach naukowych w Polsce można przeczytać książkę pt. Trylogia o
Prawdzie. Prosił o skorzystanie z usług najbliższej wypożyczalni i
zainteresowanie się losem książki.
W krótkim czasie po przesłaniu informacji do swych
potencjalnych czytelników, rozpoczęły się pierwsze zdarzenia związane z
audiencją. A potem, choć to również było rozłożone w dłuższym czasie,
jedne zdarzenia goniły drugie: Zaczęło się powodzenie pinopy na rynku
wydawniczym. Zaczęto wydawać jego prace, tłumaczono na obce języki i
wydawano za granicą.
Trudno powiedzieć, czy w tym powodzeniu większy udział
miała akcja pinopy, związana z wysłaniem pięciu książek do bibliotek
naukowych i powiadomieniem o tym fakcie kilkudziesięciu osób, czy też
warunki, jakie niedługo potem przedstawił biskupowi, a które musiały być
spełnione, ażeby mogło dojść do spotkania papieża z pinopą.
Można przypuszczać, że akcja była pierwszym impulsem, a spotkanie z biskupem
oraz postawione przez pinopę warunki audiencji stały się zaczątkiem dla
powstania głównej siły napędowej tego powodzenia.
Teraz pinopa był znany, ale była to popularność
pseudonimu i podpisanych nim nowych odkryć i idei naukowych. Człowiek
pozostawał w głębokim cieniu. Dla Człowieka z Ulicy Krótkiej
najistotniejsze było to, że wyniki jego badań naukowych stały się dobrem ogólnym.
Teraz każdy zainteresowany mógł mieć do nich dostęp, mógł analizować je
i oceniać. Każdy mógł teraz je konfrontować z poglądami naukowymi, które
dotychczas były uznawane za oficjalne. Niezależnie od punktu widzenia na tę
całą sprawę, nie można było jej ocenić inaczej niż pozytywnie, i tak też
ją oceniano.
Zbliżała się pora przyjazdu samochodu, który miał
zawieźć pinopę na lotnisko.
Audiencja
Przed olbrzymim głazem na podmiejskim lotnisku
zgromadziła się ogromna rzesza ludzi. Sektory dla publiczności były wypełnione
niemal do granic możliwości. Po drogach między nimi, zaznaczonych teraz
dodatkowo plastykowymi słupkami i kolorowymi linami z chorągiewkami,
spacerowali porządkowi i policjanci.
Daleko za tłumem widoczny był duży zielony namiot z czerwonym krzyżem. W
pobliżu niego oczekiwały dwie karetki pogotowia, koło nich kilka osób w białych
fartuchach.
Wszyscy stali, jedyne siedzące miejsca znajdowały się
w kamiennej wnęce. Nie było tu specjalnie wydzielonych miejsc dla oficjalnych
gości, bo wszyscy byli zaproszeni w jednakowy sposób. Informacje o spotkaniu
pojawiały się wielokrotnie w prasie i w innych mediach.
Ludzie z miast i wsi, z zakładów pracy, z parafii,
przybyli tu wiedzeni raczej ciekawością. Przyjechali z całego kraju,
samotnie, ze znajomymi, z przyjaciółmi, z rodzinami. Przybyło również wiele
osobistości ze świata polityki, gospodarki, nauki. Wielu z nich wybitnie
przyczyniło się do organizacji tego spotkania.
Spotkanie już się rozpoczęło, choć do przybycia
papieża pozostało jeszcze pół godziny. Z megafonów rozlegał się głos
podający ostatnie informacje.
„Proszę państwa, w imieniu organizatorów
serdecznie witam wszystkich przybyłych. Wszyscy zapewne znamy reguły naszego
dzisiejszego spotkania z wcześniejszych informacji, ale chcę je tu powtórzyć
jeszcze raz, ostatni już raz. Jest to niecodzienny rodzaj spotkania, coś zupełnie
innego niż mieliśmy okazję przeżywać dotychczas. Wszystkie nasze
dotychczasowe spotkania z Ojcem Świętym były organizowane i dla nas, i dla
papieża.
Dzisiejsza wizyta Jego Świątobliwości u nas jest w pewnym sensie przeznaczona
wyłącznie dla niego. Nie będzie uroczystej mszy świętej, jak zawsze bywało,
i papież nie będzie się z nami witał. My również nie będziemy witać go
ani oklaskami, ani w inny sposób. Obserwując to, co będzie się tutaj działo,
zachowamy powagę, ciszę i skupienie. Będziemy bowiem świadkami szczególnych
chwil w życiu papieża.
Dzisiejsze spotkanie wynika z tego, że papież pragnie
spotkać się z pinopą. O tym, kim jest pinopa, a może raczej, o jego
naukowych badaniach, dowiadywaliśmy się w ciągu ostatnich dwóch lat z
wydawanych jego prac. Ojciec Święty już trzy i pół roku temu dostrzegł w
pinopie niezwykłego człowieka i zapragnął z nim porozmawiać.
Kiedy do pinopy dotarła wieść o tym pragnieniu papieża, przedstawił
specjalne warunki audiencji. Zdumiewały one wielu, niektórych oburzały, ale
papież doskonale zrozumiał znaczenie tych warunków i przystał na nie. Jego
decyzja sprawiła, że dzisiaj tutaj jesteśmy. Ta scenografia i przedstawiany
scenariusz są częścią warunków pinopy.
Papież spodziewa się uzyskać od pinopy odpowiedź na
kilka ważnych pytań, które w ostatnich latach go nurtują. Dzisiaj będziemy
świadkami audiencji papieża u pinopy, na której być może padną ważkie
pytania i ważkie odpowiedzi.
Tego samego od tego spotkania oczekują również obaj rozmówcy. Pozytywny
wynik rozmowy zależy w dużym stopniu właśnie od warunków pinopy. W dużej
mierze zależy on także od nas samych, od tego, czy pozwolimy w czasie rozmowy,
aby papież i pinopa byli skupieni tylko na niej.
Ktoś może powie, że jesteśmy tutaj zwykłymi
gapiami, biernymi elementami scenografii. A ja mówię, że jesteśmy bardzo ważnymi
żywymi świadkami. Oprócz tej płyty lotniska, tego kamienia z wnęką i
trzema fotelami, tych drzew, domów i dalszego otoczenia, będziemy żywymi świadkami
czegoś niecodziennego i niezwykłego; i tak samo jak my, żywego.
I kto wie, czy to nie my właśnie w największym stopniu przyczynimy się do
powodzenia tej dzisiejszej rozmowy i całego spotkania. Dlatego cierpliwie i uważnie
śledźmy to, co będzie się tutaj działo, i niczemu się nie dziwmy.
Na zakończenie mojej wypowiedzi chcę państwa
poinformować o czymś ważnym, czego dotychczas nie wiecie. Otóż, w czasie
rozmowy papieża z pinopą będą wyłączone megafony, a rozmowa będzie
rejestrowana na taśmie. Rozmówców będziemy obserwowali w ciszy i będziemy
oczekiwali na zakończenie rozmowy.
Będziemy mieli możność skupić się na obserwacji wzrokowej spotkania i jego
szczegółów. Po zakończeniu rozmowy jej uczestnicy pożegnają się i udadzą
się każdy w swoją stronę. Potem, kiedy stracimy ich z oczu, zostanie włączona
zarejestrowana rozmowa. Wysłuchamy jej w skupieniu do końca i na tym zakończymy
nasze spotkanie.
Jeszcze raz powtarzam: papież i pinopa będą
zachowywali się tutaj tak, jakby nas nie dostrzegali. Ale nie będzie to znaczyć,
że nas lekceważą lub ignorują. W swym skupieniu będą jasno dostrzegać
wszystko, co się wokół nich będzie działo. Będą to wszystko odbierać i będą
przepełnieni życzliwością do nas i całego otoczenia.
Można powiedzieć, że w duchu będą nam błogosławić, życzyć spokoju i
szczęścia. Spróbujmy uzyskać podobne nastawienie duchowe jak oni. Kiedy skończę
mówić, poczekajmy w milczeniu na naszych miłych gości. Dziękuję za uwagę.”
Niedługo potem, jak umilkły megafony, po lewej
stronie sztucznego głazu zatrzymała się czarna limuzyna. Wysiadł z niej
pinopa. Nie rozglądając się po publiczności i z nikim się nie witając,
skierował się w stronę przystawionych do kamienia schodów. Po nich wszedł
do wnęki, usiadł na środkowym fotelu. Siedział nieruchomo, ogarniając
wzrokiem duży wypełniony ludźmi plac. Tłum również oczekiwał w milczeniu.
Tak upłynęło może pięć minut.
Od wschodu dochodził narastający pomruk nadlatującego
helikoptera. Po chwili z prawej strony głazu, w odległości około pół
kilometra wylądował helikopter. Kiedy pilot podchodził do lądowania, w tym
samym kierunku zmierzała inna, podobna czarna limuzyna. Gdy helikopter dotykał
kołami płyty lotniska, samochód zatrzymał się około trzydzieści metrów
od niego. Z helikoptera wyszły dwie osoby, za nimi postać w bieli i druga
postać w czarnej sutannie.
Po niedługim czasie papież i jego sekretarz już
wysiadali z limuzyny. Skierowali się w stronę schodów. Papież szedł
pierwszy, sekretarz nieco z tyłu. Sekretarz szedł po schodach tuż za papieżem,
jakby go ubezpieczał przed upadkiem do tyłu. Doszedł niemal do szczytu schodów,
a gdy papież stanął na podłodze wnęki, zatrzymał się. Skinął głową,
jakby chciał powitać pinopę i pożegnać się z papieżem. Odwrócił się i
wrócił do limuzyny. Stamtąd obserwował dalsze wydarzenia.
Gdy papieski sekretarz wycofywał się na swój punkt
obserwacyjny, papież szedł w kierunku pinopy. Dotychczasowy gospodarz wnęki
wstał, zrobił krok do przodu. Podali sobie ręce. Po ich zachowaniu widać było,
że coś mówią. Pinopa stojąc tyłem do foteli odchylił lekko na boki obie ręce,
jakby wskazywał na nie. Po chwili pinopa usiadł w środkowym fotelu, papież
usiadł po jego lewej ręce. Zaczęła się rozmowa.
Zgromadzeni przed kamieniem ludzie obserwowali to
wszystko z lekkim zdumieniem. Ostatnia niespodzianka, jaka ich tu spotkała
przed przybyciem gości, zaskoczyła ich zupełnie. Nie spodziewali się, że
spotkanie papieża z pinopą będą oglądać na raty. Wpierw będą mieli wizję
zdarzenia - będą naocznymi świadkami spotkania, ale nie usłyszą ani jednego
słowa z rozmowy.
Potem, gdy goście już się rozejdą i oddalą, zostanie włączona fonia. Wówczas
będą musieli się dobrze wsłuchiwać, aby rozpoznawać po głosie rozmówców
i nie pomylić głosów. To, co ich tu spotkało, bardzo wielu ludziom kojarzyło
się z oglądaniem bardzo odległego obrazu, który dzięki jakiemuś cudownemu
urządzeniu został przybliżony i postawiony niemal przed nosem.
Ale cóż z tego, skoro z powodu bardzo dużej odległości głos docierał do
widza znacznie później niż obraz wzrokowy. Sytuacja była trochę groteskowa,
ale, trzeba to przyznać, mobilizowała widzów do największej czujności.
Rozmowa na scenie we wnęce trwała około pół
godziny. Na koniec rozmówcy wstali. Rozmawiając podali sobie ręce. Papież
skierował się do schodów, pinopa za nim. Kiedy papież schodził na dół,
pinopa zatrzymał się na pierwszym stopniu i czekał. Na dole na papieża
oczekiwał już jego sekretarz.
Papież znalazł się na płycie lotniska, sekretarz skłonił się, jakby chciał
okazać szacunek postaci w bieli i pożegnać pinopę. Kiedy duchowni szli w
stronę samochodu, pinopa opuścił wnękę i skierował się do samochodu. Po
chwili auta ruszyły i pojechały, każde w swoją stronę. Niedługo potem
ucichł pomruk oddalającego się helikoptera.
Organizatorzy włączyli megafony. Ludzie w sektorach
zamienili się w słuch. Z głośników rozlegała się rozmowa papieża z pinopą.
Głos 1 - papieża: Witaj pinopo!
Głos 2 - pinopy: Witam cię, papieżu! Zarezerwowałem tu sobie środkowy
fotel. Wybieraj z tych dwóch, na którym wolisz siedzieć i, proszę cię, usiądź.
G1: Cieszę się, że nareszcie tu jestem. Nareszcie mogę cię przeegzaminować.
G2: Skoro już tu jesteś, to rzeczywiście masz wspaniałą okazję. Zaczynaj
więc ten egzamin. Jakie są twoje pytania?
G1: Mam dla ciebie trzy pytania. Pierwsze brzmi: „Co jest najbardziej
tajemnicze i ludziom nie znane, lecz dla ciebie jest oczywiste i proste?” Drugie
jest następujące: „Jak można najprościej tę tajemnicę ludziom
wyjaśnić?” I trzecie pytanie: „Jak tę tajemnicę można
praktycznie wykorzystać dla pożytku i szczęścia ludzi?” Są to
pytania-zagadnienia, odpowiedzieć na nie krótko nie sposób, więc pozwolisz,
że egzamin będzie przebiegał w formie rozmowy. Podczas niej będę ci zadawał
pytania pomocnicze, aby twoje trzy odpowiedzi na te pytania-zagadnienia były
wyczerpujące.
G2: Zgadzam się na twoje warunki; jako egzaminowany nie mam innego wyboru.
Przystępuję do odpowiedzi na pierwsze pytanie. Największą tajemnicę można
streścić najkrócej w jednym pytaniu:
Kim jest człowiek?
Pytanie to jest bardzo krótkie, ale w odpowiedzi można zawrzeć wszystko, co
mieści się w relacji człowiek-wszechświat. I taką odpowiedź znamy. Składa
się na nią cała nasza dotychczasowa wiedza. Jest to na dzisiejszy dzień
wiedza ogromna, ale co z niej konkretnego, jako odpowiedź na twoje pierwsze
pytanie, wynika? Nic. Człowiek nadal nie wie, kim jest. Tę sytuację można
porównać do innego zagadnienia, które wydaje się być już nieco prostsze.
Uczeni badają mózg człowieka, opisują funkcjonowanie jego świadomości,
przedstawiają powstawanie mózgu w trakcie ewolucyjnego rozwoju.
Opierają się przy tym na najnowszych odkryciach z dziedziny fizjologii i
neurologii, używają bogatej naukowej terminologii z tych dziedzin. Opisując
działanie mózgu człowieka, uczeni stosują w istocie pewnego rodzaju namiastkę
wiedzy o mózgu. Owszem jest to wiedza niezbędna dla leczenia chorób, dla
wykonywania operacji neurochirurgicznych, dla wywoływania pewnych stanów
psychicznych i zdrowotnych pod wpływem farmaceutyków itd.
Ale ta wiedza nie jest o tym, czym w istocie jest myślenie, przeżycie
psychiczne, wrażenie. A wracając do całego człowieka, czy na tym ma polegać
odpowiedź na pytanie: kim jest człowiek, że będzie się go opisywać
postrzeganego z zewnątrz?
G1: Zgadzam się z tobą, pinopo. Nie takiego opisu oczekuję od ciebie.
G2: Dlatego pytanie: kim jest człowiek, zastępuję tutaj pytaniem równoważnym
mu: Czym jest świadomość człowieka? Ale tu rodzi się nowe pytanie: Czy
tylko człowiek ma świadomość? Jeśli ująć pojęcie świadomości szerzej,
tak aby zawierało się w nim nie tylko myślenie i wyższe formy przeżyć
uczuciowych człowieka, ale również przeżycia zmysłowe najprostszych nawet
zwierząt, wówczas to pytanie można postawić w formie najbardziej ogólnej:
Czym jest lub co to takiego świadomość?
Pozwól, papieżu, że w tym miejscu zwrócę twoją
uwagę na następujący fakt. Otóż, tylko przekształcając pytanie o to, co
jest najbardziej tajemnicze, zacząłem już udzielać odpowiedzi na twoje
drugie pytanie, które brzmi: „Jak można najprościej tę tajemnicę
ludziom wyjaśnić?” Na to pytanie można sformułować najprostszą
odpowiedź.
Brzmi ona:
Najbardziej złożone i tajemnicze sprawy można ludziom wyjaśnić stosując
metodę formułowania właściwych pytań i udzielania na nie krótkich, ale
wyczerpujących, właściwych odpowiedzi. Największą trudnością jest formułowanie
właściwych pytań. Ale ten, kto gruntownie zna zagadnienie, nie ma problemu ze
sformułowaniem właściwego pytania. Tutaj właśnie stosuję metodę formułowania
właściwych pytań.
To, co dotychczas powiedziałem, nie wykroczyło poza sformułowanie właściwego
pytania. Wpierw było pytanie: „Co jest najbardziej tajemnicze i ludziom
nie znane, lecz dla ciebie jest oczywiste i proste?” To pytanie przekształciłem
na inne pytanie: „Kim jest człowiek?” W tym pytaniu kryje się już
w pewnym sensie moja najprostsza odpowiedź. Z niego powstało pytanie:
„Czym jest świadomość człowieka?” A z tego nowe pytanie:
„Czym jest lub co to takiego świadomość?”
Podczas tego przekształcania pytań pojawiła się najprostsza, ale też
najbardziej prymitywna odpowiedź na pierwsze postawione pytanie. Brzmi ona:
Najbardziej tajemnicza jest świadomość.
Pojęcie świadomości, którego używam, należy rozumieć bardzo szeroko. Jego
synonimami są pojęcia: „życie psychiczne” i „procesy
psychiczne”. Ale słowo to i jego synonimy nie są niczym więcej niż
tylko słowami.
Jeśli ktokolwiek chciałby dalej brnąć w gąszcz pojęć i za pomocą słów
dochodzić, czym jest świadomość, muszę powiedzieć, że wkracza na najgorszą
i najtrudniejszą drogę.
G1: Dlaczego wykorzystywanie pojęć dla opisywania świadomości nazywasz
najgorszą i najtrudniejszą drogą?
G2: Dlatego, że wykorzystywanie pojęć czyni sprawę świadomości i
odpowiedzi na pytanie: czym jest świadomość, niezwykle skomplikowaną,
podczas gdy odpowiedź jest nad wyraz prosta.
Oto pytanie i odpowiedź:
Zadajesz mi pytanie: „Co jest najbardziej tajemnicze i ludziom nie znane,
lecz dla ciebie jest oczywiste i proste?” Ja na to mam w każdej chwili
natychmiastową odpowiedź. Nie muszę mówić ani słowa. Jestem w każdej
chwili żywy, odczuwam to, przeżywam zmieniające się wrażenia, myślę. To
jest odpowiedź na twoje pytanie.
Jeśli chcesz znać moją odpowiedź na twoje pytanie, skup się na własnych
przeżywanych odczuciach, wejdź natychmiast w świat swojej psychiki. Gdybyś
swoje pytanie zadał mistrzowi zen, prawdopodobnie bez słowa wymierzyłby ci
policzek.
Dałby ci tym do zrozumienia, ażebyś odczuł pieczenie policzka, bo w ten sposób
przeżyjesz odpowiedź na pytanie: co jest najbardziej tajemnicze, a jednocześnie
najprostsze i oczywiste. Powiedziałby ci w ten sposób: skup się na tym, co w
każdej chwili robisz, przeżywasz, a dowiesz się, kim jesteś i czym jest świat.
G1: Mógłby ci ktoś zarzucić, że w ten sposób uchylasz się od odpowiedzi
rzeczywistej, słownej.
G2: Mógłby to zrobić ktoś, kto nie zna istoty świadomości, nie wie jak ona
ewoluuje, jak powstają i czym są pojęcia. Niestety, dla większości ludzi,
zwłaszcza na Zachodzie, te sprawy są całkowicie obce.
G1: Czy mógłbyś, pinopo, wyjaśnić bliżej, jak ty to rozumiesz?
G2: Ludziom na ogół się wydaje, że pojęcia, oparta na nich złożona wiedza
i ich myśli są im dawane w jakiś tajemniczy, nadprzyrodzony sposób. Zwłaszcza
o myśleniu mają takie zdanie, że jest to pewien gotowy element psychiki, z którym
człowiek się rodzi.
A to nie jest prawda. Czy mając jeden tylko zmysł, niemowlę - gdyby takie się
urodziło - byłoby w stanie poznawać świat, czegokolwiek się nauczyć i w ogóle
myśleć? Nie, na pewno nigdy niczego, czego uczymy się za pomocą pojęć, nie
byłoby w stanie się nauczyć i nigdy nie nauczyłoby się myśleć.
G1: Pinopo, czym uzasadniasz tę swoja pewność?
G2: Papieżu, prawdziwości aksjomatów się nie dowodzi. To, co teraz ci mówię,
jest w takim samym stopniu oczywiste i pewne, jak to, że z ameby - bardzo
prostego stworzonka wodnego - nigdy nie rozwinie się np. ryba. Tego aksjomatu
nie wymyśliłem ad hoc, wynika on po prostu z naszego codziennego doświadczenia
i wiedzy.
G1: Kontynuuj więc dalej swoją myśl.
G2: Świadomość człowieka i jego myślenie pochodzą z rozwoju prostszej
formy świadomości, jaka istnieje zanim dziecko nauczy się myśleć i mówić.
Można postawić pytania: Czy jednak nowo narodzone niemowlę naprawdę nie jest
w stanie niczego wiedzieć lub dowiedzieć się o świecie, dopóki nie nauczy
się mówić i myśleć? Czym w takim razie są jego przeżycia psychiczne?
I można odpowiedzieć na te pytania: To właśnie jest jego wiedza o świecie.
Przeżywając uczucie np. chłodu dziecko ma bezpośrednią naukę i wiedzę,
czym jest chłód. Później, gdy pozna pojęcia, nauczy się opisywać chłód
za ich pomocą. Będzie to w pewnym sensie pośrednie poznanie tego uczucia.
Ale czy dorosły człowiek za pomocą pojęć naprawdę dowie czegoś więcej o
uczuciu chłodu, jako bezpośrednio przeżywanym zjawisku psychicznym? Nie dowie
się niczego więcej. Pod wpływem pojęć będzie mu się wydawało, że wie coś
więcej na ten temat, ale mówiąc o chłodzie zawsze będzie się w świadomości
odwoływał do bezpośredniego przeżywania tego uczucia i będzie je sobie
przypominał.
G1: Właściwie, odpowiedzi na dwa pytania mamy już za sobą. Ale powiedz
jeszcze, w związku z pierwszym pytaniem, dlaczego za najbardziej tajemniczą
istotę uważasz człowieka a nie np. Boga; przecież to on stworzył człowieka
i wszechświat.
G2: Tak naprawdę za tajemnicę nie uważam człowieka jako istoty ludzkiej,
lecz świadomość. Świadomość zaś nie jest istotą, lecz zjawiskiem
psychicznym. Zjawisko psychiczne jest czymś nieopisywalnym za pomocą pojęć.
Ktoś, kto stara się go opisać słownie czy w swoich myślach, nie robi
niczego innego ponad to, że komplikuje nad wyraz właśnie to zjawisko
psychiczne.
Podobna sytuacja powstaje, gdy ktoś kształt jakiejś litery opisuje na
papierze używając w tym celu wielu słów. Słowa są zupełnie zbędne,
wystarczy napisać tę literę. Podobnie zbędny jest opis zjawiska
psychicznego, jakim jest świadomość. Wystarcza prosty stan świadomości. Dla
zachowania prostego stanu świadomości nie jest potrzebny jakikolwiek wysiłek.
Jest wprost przeciwnie, należy odrzucić wszelkie wysiłki i kombinacje myślowe,
mające na celu zrozumienie za pomocą pojęć, czym jest świadomość.
Powstaje pytanie, czy „prosty stan świadomości”, a ogólniej, świadomość
jako zjawisko psychiczne, ma związek tylko z człowiekiem i zwierzętami?
Odpowiadam: jest to typowa cecha psychiczna wszystkiego, co istnieje.
Pytasz, papieżu, dlaczego za najbardziej tajemniczą
istotę nie uważam Boga, stwórcy wszystkiego. Otóż, cały czas mówię o
jednym jedynym, wszędzie istniejącym, w pewnym sensie wszechwiedzącym i
wszechmocnym stwórcy wszystkiego, co istnieje. Cały czas wyłącznie to mam na
myśli.
Nie jest to jednak Bóg, którego ty masz na myśli. Różnimy się od siebie
tym, że mamy różne pojęcia o stwórcy i różnie go opisujemy. Ze swoim stwórcą
mam nieustanny kontakt, czy myślę o nim czy nie.
Nie mogę się wprost bez niego obyć, daje mi wszystko, co jest mi potrzebne i
czym sam jestem. Gdy przestaję się zajmować sprawami życiowymi i myśleniem,
mogę przeżywać niezwykłe odczucia jego żywej obecności. A dokładniej, to
nie ja cokolwiek przeżywam i odczuwam, bo nie ma wówczas żadnej osoby, która
by miała coś przeżywać. Jest tylko przeżywanie, jest sam stwórca.
Ale tak naprawdę, nie przestaje on być, gdy cokolwiek robię czy rozmyślam.
Twój stwórca, papieżu, różni się od mojego tym, że jest on bogato
opisywany za pomocą pojęć, że jest po prostu konstrukcją pojęciową.
Owszem, skupiasz się, próbujesz nawiązać kontakt ze swoim stwórcą, ale
twoja pojęciowa wiedza uniemożliwia ci to.
Twoje rozumienie stwórcy, papieżu, jest kontynuacją
rozumienia, jakie mieli starożytni bliskowschodni przywódcy plemion
koczowniczych, którzy pragnęli większej władzy nad swoim ludem.
Stawiali Boga ponad człowiekiem, a z siebie czynili jedynych pośredników między
stwórcą i podległym im ludem. Pojęcie Boga wykorzystywali dla swoich
przyziemnych celów. Wychowywali lud w duchu posłuszeństwa dla Boga, a swoją
wolę ogłaszali jako wolę Boga.
Szermowali tym pojęciem przy każdej okazji, by zmusić poddanych do podporządkowania
ich swojej woli. Na nieposłuszeństwo poddanych mieli jeden główny argument:
siłę, i bez skrupułów z niej korzystali. Bóg stał się dla nich wyłącznie
wygodnym atrybutem i narzędziem władzy. Sytuacja dzisiaj jest diametralnie
inna, ale twoje rozumienie Boga, papieżu, pozostało bez zmiany.
A przecież, jeśli uczciwie na to spojrzeć, z takim rozumieniem stwórcy wiążą
się następujące pragnienia wyznawcy tak rozumianego Boga: Narzucać swoje
poglądy innym.
Zmuszać innych ludzi, poprzez stwarzanie różnego rodzaju represyjnych
okoliczności, do podporządkowania Bogu, a faktycznie do podporządkowania ich
sobie. Głosić wszędzie wokół, że się należy do kasty kapłańskiej, która
jako jedyna zna Prawdę i potrafi pośredniczyć w utrzymaniu więzi między
Bogiem a człowiekiem.
Moje rozumienie stwórcy nie stawia Boga ponad człowiekiem
i nie czyni z człowieka jego syna czy poddanego. W moim rozumieniu nie istnieje
jakaś zależność między człowiekiem i stwórczym procesem, którą trzeba
by było i dałoby się przedstawić sensownie za pomocą słów.
Moje rozumienie ma również długoletnią historię, bo zapoczątkował go
starożytny hindus Siddhartha Gautama, nazywany Oświeconym, ale nie ma
potrzeby, aby z powodu starości to rozumienie się zmieniało.
Nie jest ono bowiem zależne ani od słów i pojęć, ani od jakichkolwiek
innych zewnętrznych okoliczności. W żadnej mierze też moje rozumowanie nie
skłania mnie, abym zmuszał kogokolwiek do przyjmowania moich poglądów lub żebym
kogokolwiek zmuszał, aby zechciał uwierzyć w Boga. Moje rozumienie skłania
mnie do jednego: każe mi przedkładać miłość do bliźniego i dawać jej
pierwszeństwo przed miłością do Boga.
I nie idzie o to, abym Boga nie kochał. Po prostu, wiem na pewno, że poprzez
poniżanie godności człowieka w ostatnich tysiącleciach nikt do poznania Boga
nie doszedł.
Zbliża się koniec tego egzaminu, bo odpowiedziałem
już także na trzecie twoje pytanie. Jeszcze tylko tę odpowiedź sprecyzuję.
Twoje trzecie pytanie brzmiało: „Jak tę tajemnicę można praktycznie
wykorzystać dla pożytku i szczęścia ludzi?”
Moja odpowiedź brzmi:
Pożytek i szczęście może ludziom przynieść poznanie świadomości, która
w nich istnieje, poprzez świadome jej doświadczanie na co dzień i w każdej
sytuacji. Taka codzienna refleksja nad sobą pozwala dostrzegać i szanować w
drugim człowieku, i w ogóle w świecie zwierzęcym i w przyrodzie, taką samą
świadomość, jaka istnieje w nas samych.
Ale przede wszystkim pozwala realizować podstawowy postulat i zawołanie: Daj
pierwszeństwo miłości bliźniego.
G1: Dziękuję ci, pinopo, za ten egzamin. Był on dla mnie bardzo dobrą lekcją
życia. Sądzę, że i inni odniosą z tego wielkie korzyści. Bądź zdrów i
żegnaj.
G2: Również życzę ci powodzenia i zdrowia. Żegnaj, papieżu. Szczęśliwej
podróży.
Ludzie w sektorach byli na ogół głęboko wzruszeni
tym, co zobaczyli i co usłyszeli. Większość milczała, jakby nadal przeżywając
atmosferę spotkania, które właśnie się skończyło. Ci, co rozmawiali,
robili to półgłosem. Wielu ukradkiem ocierało łzy wzruszenia. Niektórzy płakali
bez skrępowania.
Bliscy sobie ludzie starali się być ze sobą jeszcze bliżej. Nieznajomi uśmiechali
się do siebie życzliwie i mówili, co czują. Atmosfera była przepełniona
duchowym podnieceniem i zachwytem. Ludzie sprawiali wrażenie, jakby chcieli
zachować na pamiątkę w swojej pamięci jak najwięcej z dopiero przeżytych
tu chwil.
Niektórzy, nie wiadomo z jakiego powodu, byli niewyobrażalnie szczęśliwi.
Dla nich było to rzeczywiście niezwykle udane spotkanie.
Nazajutrz po audiencji
Nazajutrz w krajowej prasie ukazała się informacja,
że u byłych organizatorów wizyty papieża u pinopy, którzy zawiązali spółkę,
można zamawiać kasety magnetofonowe i magnetowidowe z nagranym przebiegiem
spotkania.
Kasety magnetowidowe zawierają oczywiście dźwięk zsynchronizowany z obrazem.
Wszystkie kasety, oprócz rozmowy, zawierają wstępne przemówienie mistrza
ceremonii oraz krótkie rozmowy z ankietowanymi świadkami spotkania,
przeprowadzone po jego zakończeniu.
Cena kaset będzie zbliżona do cen kaset z nagraniami popularnych piosenek i
piosenkarzy. Cały dochód ze sprzedaży kaset będzie przeznaczony na pomoc dla
bezdomnych i bezrobotnych.
Bogdan Szenkaryk
Zawartość
strony (c) 1998-2006 Arkadiusz Bolesław Lisiecki i cytowani autorzy
Jeżeli chcesz skorzystać w swoich publikacjach z materiałów
zawartych na stronie skontaktuj się z autorem http://www.oswiecenie.com